Leciałem nad lasem, powoli wypatrując jakiegoś jeziorka albo rzeki.
Byłem spragniony po długim locie. Nagle zauważyłem rzekę, sfrunąłem na
jej brzeg i schowałem skrzydła bo po co mam się nimi chwalić?
Rozejrzałem się czy nie czai się tu jakieś niebezpieczeństwo,
stwierdziwszy ze jestem tu sam zanurzyłem język w chłodnej wodzie i
zacząłem łapczywie pić. Woda była taka pyszna i orzeźwiająca! Czułem jak
w moje ciało wraca nowa energia. Właśnie skończyłem pić i oblizywałem
się gdy usłyszałem że ktoś biegnie w moim kierunku. Zacząłem już
odwracać głowę ale to "coś" było szybsze. Z całej siły wpadło na mnie i
wepchnęło mnie do wody. Wylądowałem z głośnym pluskiem, wylądowałem na
ostrym kamieniu który zadrapał mi łapę.
-Ał-syknąłem do siebie pod nosem. Podniosłem gniewne spojrzenie na tego
co próbował mnie utopić. Zobaczyłem że to piękna wadera.
<Jakaś piękna wadera? :P>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz